Młoda, piękna kobieta obdarzona pięknym głosem. Tak w dwóch słowach można opisać Monikę, ale to za mało. Polacy powiadają, że uroda nie idzie w parze z inteligencją. Monika jest tego całkowitym zaprzeczeniem. Jest inteligentna, ambitna, pracowita, pełna pomysłów, posiada dar zjednywania sobie ludzi. Jej osobisty wdzięk, emanująca pozytywnie energia i emocjonalne podejście do życia przyciąga jak magnes. Jest skromna, wykształcona i lubi się śmiać. Jak na artystką, która moim zdaniem stoi u progu wielkiej kariery, zbyt skromna. Wrocławianka, tu ukonczyła Podstawowa Szkołę Muzyczną oraz Liceum Muzyczne w klasie fortepianu. w 2000 r. ukończyła studia wokalno-aktorskie we wroclawskiej Akademii Muzycznej. Śpiewa sopranem liryczno-spintowym.
Grażyna Migniewicz: Moniko, słyszałam, że do każdego koncertu szyje Pani nową suknię.
- Monika Gruszczyńska: Staram się nie występować dwa razy w tej samej kreacji, w tym samym miejscu.
Uważam, że artysta tylko wtedy jest ciekawy, kiedy za każdym razem jest inny. Strój jest bardzo ważną częścią wystepu, nadaje
rangę, podkreśla walory artysty. Również bardzo ważna jest fryzura i makijaż.
Jak to się odbywa, ma Pani swojego kreatora?
- Bardzo lubię sama wymyślać swoje suknie. Jak wiem już w jakiej sali i co zaśpiewam, wtedy dobieram do tego odpowiednią,
moim zdaniem kreacje. Bardzo ważny jest nie tylko fason sukni, podstawową sprawą jest również kolor oraz tkanina. Pomagają
mi w tym moje krawcowe. Są to dwie panie, matka i córka, które na co dzień szyją suknie ślubne. Makijaż wykonuje sama, bardzo
to lubię. Zdarza się, że maluję również moje znajome, ostatnio malowałam sąsiadki na ślub.
Słyszałam, że śpiewa Pani od przedszkola!
- Kiedyś w autobusie wycieczkowym musiałam nieźle rozrabiać, bo zauważyła mnie wychowawczyni z przedszkola muzycznego.
Zaprosiła moich rodziców na przesłuchanie, które zakończyło się wpisaniem mnie na listę uzdolnionych przedszkolaków. Później
Podstawowa Szkoła Muzyczna i Liceum Muzyczne na Łowieckiej.
W takim razie nie miała Pani problemu z wyborem zawodu!
- Byłam szczęśliwa, podobało mi się to co robiłam, zdarzało się jednak, że chciałam robić coś innego. Na przykład kiedyś chciałam
koniecznie zostać modelką. Stawałam więc do rożnych castingów i kiedyś kazano mi schudnąć 20 kilo w ciągu dwoch tygodni, aby
dostać jakaś role. Doszłam wtedy do wniosku, że zdrowie i radość życia są dla mnie ważniejsze niż bycie chudą modelka. Później chciałam zostać kosmetyczką. No to był już większy problem, bo naprawdę chciałam zmienić szkole. Mój tata, który jest do dzisiaj moim
najlepszym menagerem, prawie oszalał, nie pomagały argumenty o straconych latach nauki, pamiętam mówił wtedy: "przecież miałaś być
artystka, a nie fryzjerka". Jak to z rodzicami bywa, miał rację. Śpiewanie stało się moją pasją życiową, a umiejętność doboru kreacji czy
makijażu, pomaga mi w kreowaniu mojej artystycznej sylwetki.
Rozpoczynając naukę na Akademii Muzycznej we Wrocławiu chciała Pani zostać śpiewaczką operową. Jak to się stało, że jest
Pani gwiazdą świata operetki?
To prawda, repertuar, który trzeba realizować podczas studiów na wydziale wokalno aktorskim, to głownie pieśni i arie operowe. Zatem
uczyłam się wszystkiego co związane jest ze śpiewem operowym. Na przykład włoski należy do obowiązkowych przedmiotów Akademii
Muzycznej. By dobrze opanować ten język, przez wiele lat jeździłam do Włoch na wakacje. Dzisiaj Włosi myślą, że jestem Włoszką, ktąra
zna język polski, zwłaszcza, ze mam włoski typ urody. Znajomość włoskiego bardzo pomagała mi w pracy nad tekstami arii operowych,
nie potrzebowałam tłumacza. Jednak odkąd zakochałam się w operetce śpiewam przeważnie po polsku i niemiecku.
Kiedy nastąpił ten ważny w pani życiu przełom?
Będąc jeszcze studentka zostałam zatrudniona we Wrocławskim Teatrze Muzycznym, zauważyłam wtedy, ze dobrze się czuje w tym
repertuarze, odpowiada bardziej mojej naturze. Operetka wymaga równiez bardzo dobrej techniki wykonawczej, ale towarzyszy jej taniec,
który kocham i sporo gry aktorskiej. Zdecydowałam więc, że na moim spektaklu dyplomowym zaśpiewam repertuar operetkowy. Dyplom
bardzo się udał, a ja ciągle śpiewam arie operetkowe i nigdy nie przestane.
Czy ma Pani swoja mistrzynie, która Panią inspiruje?
Maria Callas, zachwycona jestem jej śpiewem, jest mało prawdopodobne żeby udało się którejś ze śpiewaczek osiągnąć jej sukces.
Życzymy Pani spełnienia się w życiu artystycznym i prywatnym.
GraŻyna Migniewicz z cała Redakcja
Jutro w Teatrze Muzycznym Operetce Wrocławskiej zaśpiewa pani w "Księżniczce
czardasza". żyje pani nadzieją na nowe role?
- w czerwcu mają ruszyś pełną parą przygotowania do "Krainy uśmiechu". Będzie
casting, w którym mogą brać udział także śpiewacy spoza naszego teatru,
ale mam nadzieje, że uda mi się dostać do obsady. Chciałabym bardzo. Teraz
dla mnie najważniejsze jest, żeby dużo śpiewać, dlatego ważna jest każda
szansa.
Dużo pani ćwiczy?
- Gdy mam jakiś wolny weekend i nie mam koncertu , lub tez w poniedziałki,
kiedy aktorzy maja wolne, wtedy ćwiczę. [...]
Często pani koncertuje. Nie meczy to pani?
- Nie ma w Polsce wielu śpiewaczek, które wykonują podczas recitalu czternaście
arii, tak jak ja. Ciągle słyszę, żebym nie forsowała głosu. Ale wszystko
zależy od techniki. Jak się wie, co się robi, to godzina śpiewu mniej szkodzi
niż lody czy gazowane napoje. a ja się cały czas uczę.
Nie myśli pani o zagranicznej karierze?
- Jestem jedynaczka, ukochana córeczka tatusia. Bardzo dużo zawdzięczam
rodzicom, tato zajmuje się organizacją moich koncertów.
Od pewnego czasu zaczęłam promować Wrocław i Teatr Muzyczny - Operetkę
Wrocławska. Niedawno śpiewałam w Warszawskiej Królikarni. To był jak dotąd,
jeden z ważniejszych koncertów, na którym miałam okazje wystąpić przed wyjątkowa
publicznością. Po koncercie współpracę zaproponowała mi Warszawska Orkiestra
Kameralna, z która za tydzień wchodzę do studia nagraniowego.
Wielu ludzi podpowiada mi, że powinnam jechać na Zachód. Ze tam mogłabym
próbować szczęścia w castingach do oper. Tymczasem ja wole operetkę. Muzyka
jest troszeczkę lżejsza, a ja lubię tańczyć na scenie.
rozmawiał SEMP